Część 37.
Niedzielne
godziny zdawały się płynąć po stokroć wolniej. Siedział w domu sam, z nikim się
nie umówił. Minęła dopiero druga, a on już miał za sobą całą paczkę papierosów
i trzy piwa. Nie wiedział zupełnie co ze sobą zrobić. Cholernie brakowało mu
Billa i już trzy razy brał do ręki telefon, aby do niego zadzwonić, ale wciąż
się wahał. W końcu kiedy nacisnął zieloną słuchawkę na wyświetlaczu, nie
doczekał się, aby brat odebrał. Wściekły, odrzucił aparat na kanapę. Sam nie
wiedział dlaczego znów dzwonił, bo nawet nie miał pomysłu jak z nim rozmawiać.
Bill, z pewnością nawet nie dałby mu dojść do słowa. Wiedział jednak, że musi
chociaż spróbować i był pewien, że zrobi to kolejny raz, do skutku, aż brat
odbierze połączenie.
Smętnie
snuł się po mieszkaniu od okna do okna, nie wiedząc po co. Przecież nie
spodziewał się ujrzeć wracającego do domu bliźniaka, który z pewnością teraz
dobrze się bawił. Czuł się rozdarty wewnętrznie, najchętniej teraz pojechałby
do Bastiena i tak po prostu wywalił go stamtąd na kopach, kazał natychmiast
wracać do domu, gdzie było jego miejsce. Pewnie by i pojechał, ale już
zdecydowanie za dużo wypił, na szczęście wciąż jeszcze myślał rozsądnie.
Wiedział, że będzie z tym o wiele gorzej, jeśli wypije jeszcze kilka piw, bo
wtedy zupełnie wyłączy racjonalne myślenie i gotów wsiąść do samochodu po
pijaku. Nie, nigdzie nie pojedzie, nie zrobi tego. Pozostawała nadzieja, że
czarnowłosy sam wróci w końcu do domu. Może i wróci, tylko kiedy? No dobra, da
mu jeszcze dzień, góra dwa, a potem sam się tam wybierze i nie bacząc na
konsekwencje, wytarga go stamtąd choćby i za te czarne kudły, i nakopie do tej
chudej - ale jakże zgrabnej i ponętnej - dupy, a potem przemówi do rozsądku.
Teraz jednak postanowił ponownie spróbować się do niego dodzwonić. Sięgnął po
kolejne piwo i wrócił do salonu, zbierając z kanapy telefon, wybrał połączenie
do Billa. Przerywany sygnał oczekiwania ciągnął się w nieskończoność. Paliła go
ogromna nadzieja, że brat odbierze, jednak i tym razem się nie doczekał. Był
bliski płaczu, chociaż wcale nie chciał płakać, bo według niego było to takie
niemęskie. Pieprzyć to! Jest tutaj sam i nikt go nie widzi! I zaraz w ślad za
tą myślą zapiekły go oczy, jednak nie rozpłakał się.
Miotał
się po domu, chodził z pokoju do pokoju, zamówił sobie pizzę, wypił jeszcze te
kilka piw, ale złość i jakiś głupi honor nie poddały mu znów wcześniejszej
myśli, żeby pojechać do domu Bastiena. Zamiast tego, zamroczony alkoholem
uwalił się na niewielkiej kanapie, jaka stała pod zadaszeniem na tarasie i zasnął.
I
już nie zadzwonił.
***
Bill
wystrzelił ze studio szybkim krokiem, oszołomiony tym co się wydarzyło, a
właściwie tym co zrobił Bastien, i na co sam dał mu nieme przyzwolenie. Bo jak
można było nazwać brak jakiegokolwiek oporu i całkowitą uległość z jego strony?
W dodatku sam nakłonił go do seksu oralnego. W kilkunastu szybkich krokach
pokonał drogę dzielącą go od basenu, a kiedy zatrzymał się tuż nad nim,
zastanowił dlaczego zamiast wrócić do sypialni, trafił właśnie tutaj. Płomień
podniecenia już całkiem w nim zgasł, a echa spełnienia z każdą sekundą milkły,
jednak serce wciąż tłukło się w piersi. Nie wiedział tylko czy z euforii, czy z
obawy. A może po prostu poprzez najzwyklejsze wyrzuty sumienia i poczucie winy?
Było
mu wspaniale i cholernie przyjemnie przez te kilka chwil, to było absolutnie
niezaprzeczalne, jak też i fakt, że Bastien piekielnie dobrze mu obciągnął. I
dawno nikt nie zrobił mu tak zajebistego loda, chociaż musiał przyznać, że
Andreas też był w tym dobry. Ale ten chłopak zrobił to tak idealnie,
nieustannie operując językiem, w szczególny sposób pieścił go, zamykając
pomiędzy miękkimi wargami. Nie potrafił pojąć, jakim cudem z taką łatwością
wstrzelił się w jego upodobania, sprawiając mu rozkosz tak jak tego chciał.
Wyprzedzał każdą jego myśl i każde pragnienie, wtedy, kiedy właśnie tego
oczekiwał, raz mocno i stanowczo, a po chwili lekko i delikatnie. Idealnie i
cudownie, lepiej chyba nikt nigdy nie dogodził mu w ten sposób.
Przykucnął
nad basenem i zaczerpnął w dłonie wody, którą obmył rozpaloną twarz. To
wszystko przerażało go, a najbardziej przerażał teraz sam siebie. I co on
najlepszego zrobił? A raczej do czego dopuścił i na co sobie pozwolił? Chyba do
reszty zwariował. Emocje wirowały w nim, czuł się jak na huśtawce. Z jednej
strony spełniony, rozluźniony, a z drugiej zaczynał się dręczyć każdą kolejną
myślą. Tak, było zajebiście dobrze, ale przecież do jasnej cholery to była
zdrada! Najzwyklejsza, podła zdrada!
W
jednej chwili wskoczył do basenu. Nie lubił pływać, a już na pewno nie długo i
nie szybko, tymczasem chciał jakoś rozładować to emocjonalne napięcie,
przepływając kilka razy długość basenu. Czuł ogromne zmęczenie i jakby coś
ciągnęło go w dół, a jednak wciąż katował się wysiłkiem, płynąc znów i znów.
–
A, tu jesteś! – Usłyszał nad sobą głos Bastiena, kiedy oparł się dłońmi o brzeg
basenu.
–
Wracaj do studia. Chcę pobyć sam – warknął, po czym odepchnął się i znów
odpłynął.
Blondyn,
nieco zdziwiony jego oschłością, nie odpowiedział nic. Powiódł tylko za nim
zdezorientowanym spojrzeniem i wrócił do domu. Bill odczekał jeszcze kilka
minut. Miał nadzieję, że chłopak nie poszedł do sypialni, ani nie wejdzie mu w
drogę, kiedy już wkroczy do wewnątrz. Nie chciał teraz go widzieć, nie chciał
spojrzeć mu w oczy. Nie chciał, bo nie potrafiłby. I co najlepszego narobił?
Spieprzył ich dobrą, przyjacielską relację, i nie mógł cofnąć czasu, chociaż,
pewnie i tak niczego by nie zmienił. Znów uległby własnej pokusie poddania się
jego ustom. Kiedy połączyła go namiętność z Tomem, myślał, że się zmienił, że
ta miłość zmieniła go, ale wystarczyła chwila zwątpienia, a poddał się własnej
żądzy, nie bacząc na konsekwencje.
***
Stwierdziłem
tamtego popołudnia, jaki straszny jest ze mnie dupek. Kim ja właściwie byłem?
Chyba nie musiałem zadawać sobie tego pytania, bo odpowiedź była oczywista:
byłem zwykłym skurwysynem. Jak mogłem to zrobić? Do czego doprowadziła mnie
moja chora żądza? Nie umiałem się oprzeć, powstrzymać, nie potrafiłem. Teraz
wiedziałem, że skrzywdziłem Toma, chociaż on o niczym nie wiedział, ale
docierało do mnie także i to, że skrzywdziłem Bastiena. Z pewnością
zareagowałbym zupełnie inaczej, gdyby okoliczności odsłuchania naszego kawałka
były inne, gdybym wcześniej nie był bliski spełnienia. Wówczas pewnie na nic
bym mu nie pozwolił, nawet na dotyk. Tymczasem ja, będąc w stanie niemal
szczytowego podniecenia, dałem ponieść się ekscytacji, emocjom, i pozwoliłem
aby mnie dotykał i pieścił. I wtedy już nie mogłem nic zatrzymać, byłem jak w
transie pragnąc tylko zaspokojenia.
Nie
umiałem spojrzeć Bastienowi w oczy, więc jak spojrzę w oczy Tomowi?
***
Bill
po cichu skradł się na hol, nasłuchując czy z góry nie dochodzą jakieś odgłosy
bytności gospodarza domu, ale tam panowała cisza. Po chwili usłyszał głośne basy
dochodzące ze studio i odetchnął z ulgą, bo to upewniło go, że chłopak jest na
dole. Szybko, po dwa stopnie pokonał schody i znalazł się znów w sypialni. Miał
żal do losu, że pozwolił się przyłapać w takiej chwili, przez którą zupełnie
zagubił rozsądek i pozwolił omamić się pożądaniu. Gdyby nie to, wszystko
potoczyłoby się zupełnie inaczej, z pewnością odsłuchałby tego numeru w
zupełnym spokoju, koncentrując się tylko na muzyce.
–
Niech to szlag! – przeklął pod nosem bezradny. No cóż, niestety nie mógł cofnąć
czasu, czego w tej chwili żałował, jak niczego przedtem. Chociaż… Nie w każdym
kontekście.
Powoli
oswajał się z myślą, że będzie musiał uporać się z poczuciem winy i żyć dalej.
Z pewnością nie przyzna się do tego przed Tomem, a z czasem uzna to za
przeszłość i o tym zapomni. Tylko czy na pewno? Teraz znów przypomniał sobie
ten akt i… nie do wiary! Poczuł lekkie mrowienie w podbrzuszu. Jego ciało
pokrył dreszcz strachu i zadrżał. Nie, nie! Nie będzie chciał więcej, to się
już nigdy więcej nie powtórzy!
Zdecydowanym
krokiem przeszedł do łazienki, gdzie zmienił bokserki na suche. Spojrzał w
lustro i przeczesał mokre kosmyki palcami. Sięgnął po suszarkę i nie
spuszczając spojrzenia z własnego odbicia w lustrze, podsuszył włosy. I znów
poczucie winy zawładnęło całym jego istnieniem. Jeszcze chyba nigdy nie
odczuwał w sobie takiej wybuchowej mieszanki uczuć. Ekscytacja na wspomnienie
ust Bastiena, te pieprzone wyrzuty sumienia, i wstręt do samego siebie. Teraz
dla odmiany zapragnął zobaczyć znów Toma, już nie myślał o jego ewentualnej,
prawdopodobnej zdradzie, zupełnie jakby tym co sam zrobił, oczyścił go ze
wszystkich win. W tej właśnie chwili uzmysłowił sobie, jak bardzo za nim tęskni
i jak pragnie. Zresetuje pamięć, wywali to, co stało się dzisiejszego
popołudnia, wróci do domu i wszystko będzie jak dawniej!
Wypalił
jak oparzony z łazienki, pozbierał wszystkie rzeczy i wpakował w nieładzie do
torby, byle jak najszybciej stąd wyjść, byle nie natknąć się na Bastiena. I
chociaż sam przed sobą przyznał, że to głupie i chamskie, a na dodatek
dziecinne tak uciekać, to naprawdę, nie chciał go teraz widzieć. I wcale nie
dlatego, że zmieniły się w nim jakieś uczucia względem chłopaka, bo nadal
bardzo go cenił i lubił. Chciał stąd uciec przez poczucie winy i fakt, że
zupełnie nie wiedział, jak ma teraz się zachować. Dwa, może trzy dni z daleka
od niego, z pewnością wyciszą sumienie, a bliskość Toma wymaże każdą
niechcianą myśl. Znów będzie szczęśliwy, spełniony i niczego, ani tym bardziej
nikogo, nie będzie potrzebował.
Ubrał
się w pośpiechu, spakował laptop i bacznie rozejrzał, czy niczego nie zostawił.
A nawet jeśli, pal licho! W ostatniej chwili chwycił z nocnej szafki telefon i
odblokował. Dwa nieodebrane połączenia od Toma. Cudownie… Kiedy on właśnie
bezecnie pieprzył gardło Bastiena, jego ukochany próbował się z nim
skontaktować, chciał porozmawiać, może nawet prosić, aby wrócił do domu. Poczuł
żal, a wyrzuty sumienia objawiły się ściskiem żołądka.
Po
cichu, na palcach zszedł po schodach na dół. Ze studia nadal dobiegał odgłos
ciężkich bitów. I nagle poczuł się jak ostatni drań, próbując uciec bez słowa.
Należało mu się przecież kilka słów, może nie wyjaśnienia, ale na pewno podziękowania.
Smsa teraz mu nie wyśle, bo gotów wyjść i chcieć porozmawiać. Rozejrzał się i
uchylił drzwi pokoju, w którym Bastien miał niewielkie biuro. Na stoliku
zobaczył samoprzylepne bloczki, jakiś notes i pojemnik z długopisami. Odkleił
jedną kartkę i skreślił kilka sugestywnych wyrazów:
„Dziękuję Ci za wszystko z całego serca. Liczę na Twoją dyskrecję” - w tych kilku słowach zawarł wszystko, co chciał mu powiedzieć. Nie było sensu się rozpisywać. Był pewien, że chłopak doskonale będzie wiedział o jaką dyskrecję mu chodzi. Przede wszystkim Tom nie mógł się o niczym dowiedzieć, a jeśli nawet się przed nim wygada, i tak wszystkiemu zaprzeczy.
„Dziękuję Ci za wszystko z całego serca. Liczę na Twoją dyskrecję” - w tych kilku słowach zawarł wszystko, co chciał mu powiedzieć. Nie było sensu się rozpisywać. Był pewien, że chłopak doskonale będzie wiedział o jaką dyskrecję mu chodzi. Przede wszystkim Tom nie mógł się o niczym dowiedzieć, a jeśli nawet się przed nim wygada, i tak wszystkiemu zaprzeczy.
Przykleił
kartkę na widocznym miejscu, na wprost schodów biegnących w dół do studio, i
wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.
Szybkim
krokiem przebył drogę do wyjścia za ogrodzenie. Będąc już zupełnie
niewidzialnym dla oczu mogących spoglądać przez okno z domu Bastiena, skręcił w
prawo i pod osłoną żywopłotu ruszył przed siebie. Dopiero teraz zwolnił. Mógł
zamówić taksówkę, ale nie chciał. Wolał przejść się, pomyśleć i wyciszyć.
Naciągnął tylko bardziej czapkę tak, aby daszek był jak najniżej. Dzień był
słoneczny, więc ciemne okulary nie były podejrzanym kamuflażem. Dość ciężką,
obciążoną laptopem torbę zarzucił na ramię.
Chyba
jeszcze nigdy w tak krótkim czasie, nie popadał w aż tak skrajne odczucia.
Teraz dla odmiany zrobiło mu się przykro, kiedy pomyślał jak poczuje się
Bastien, gdy odkryje, że go nie ma. Sam pewnie poczułby się w takiej sytuacji
podle, ale nie miał innego wyboru. Chociaż może i miał, w sumie zawsze jest
jakiś wybór, ale po prostu nie chciał z nim teraz rozmawiać, bo najzwyczajniej
w świecie nie miał pojęcia, jak by mu to wszystko wytłumaczył.
Sięgnął
do kieszeni, z której wyjął paczkę papierosów i zapalił. Zaciągnął się mocno,
czując pierwszy strzał nikotyny. Od razu poczuł się nieco lepiej. Był jakiś
wewnętrznie rozdygotany, jakby całe jego ciało chciało dać mu do zrozumienia,
jak wielki popełnił błąd. Szedł wolno i choć chciałby już być w domu, musiał
się jakoś uspokoić i wyciszyć. Ulica którą przemierzał, nie była zbyt ruchliwa.
Typowa, dojazdowa droga do okolicznych, jednorodzinnych domów, toteż niezbyt
często przejeżdżał nią jakiś samochód. A i pora nie była jakimś szczytem ruchu
na drogach. Wczesne, niedzielne i słoneczne popołudnie, zachęcało do spędzania
czasu w przydomowych basenach, a kto miał wyjechać za miasto, z pewnością
zrobił to rankiem. Dlatego nieco się wzdrygnął, kiedy idąc pochłonięty ciężkimi
myślami, po swojej lewej stronie, dostrzegł kątem oka jadący z wolna, niemal
równo z jego krokiem, samochód. Odrobinę się zaniepokoił, w końcu nigdy nie
wiadomo było, czy to przypadkiem nie jakaś psychofanka, lub inny świr czyhający
na jego życie. Nie zamierzał się jednak nawet odwrócić, żeby zobaczyć kto to,
jedynie bezpiecznie oddalił się od krawężnika i nie zatrzymując się, ani nie
przyspieszając, szedł naprzód. Auto nieustannie, w tym samym tempie jechało
obok, ale po chwili odsunęła się szyba i usłyszał:
– Cześć Bill, może cię gdzieś podrzucić? To nie jest bezpieczne, żeby taka osoba jak ty, szła na pieszo sama! – Dopiero teraz czarnowłosy odwrócił głowę, przelotnie zerkając na żółte Ferrari, które jak na takie auto, w żółwim tempie przesuwało się tuż obok. Nie miał pojęcia, kim mógł być ten mężczyzna i nie miał nawet głowy się nad tym zastanawiać. Jego umysł zaprzątały zupełnie inne myśli, a ta twarz w ogóle nie była mu znajoma.
– Cześć Bill, może cię gdzieś podrzucić? To nie jest bezpieczne, żeby taka osoba jak ty, szła na pieszo sama! – Dopiero teraz czarnowłosy odwrócił głowę, przelotnie zerkając na żółte Ferrari, które jak na takie auto, w żółwim tempie przesuwało się tuż obok. Nie miał pojęcia, kim mógł być ten mężczyzna i nie miał nawet głowy się nad tym zastanawiać. Jego umysł zaprzątały zupełnie inne myśli, a ta twarz w ogóle nie była mu znajoma.
–
Dziękuję za dobre chęci, ale nie mam w zwyczaju wsiadać do samochodu obcej osoby.
–
Jakiej tam obcej! – zaśmiał się brunet w aucie. – Jestem bardzo dobrym
przyjacielem Bastiena, więc to tak, jakbym był i twoim znajomym!
Bill
zatrzymał się, a wraz z nim Ferrari, którego drzwi od strony pasażera uniosły
się do góry. Nie był fanem motoryzacji, ale przyznał teraz w myślach, że
samochód był niezłym cackiem.
Więc
ten ktoś doskonale wiedział skąd wyszedł, znał Bastiena, wiedział, że są
znajomymi.
–
Patrząc w ten sposób, to ja mam pół Berlina znajomych – zauważył z przekąsem,
rzucając na chodnik peta i przydeptując go. Zdjął ciemne okulary, zawieszając
je na dekolcie koszulki.
–
No nie bój się, naprawdę nie jestem jakimś psychofanem, wsiadaj, podwiozę cię,
dokądkolwiek zmierzasz. Już wyprowadziłeś się od Bastiena, czy to tylko chwilowe?
– zapytał chłopak, uśmiechając się uroczo. Teraz Bill przyjrzał mu się
dokładnie. Był cholernie przystojny, to nie ulegało najmniejszej wątpliwości.
Zastanowił się, czy to jedynie jakiś hetero kumpel Bastiena, czy może też był
gejem i łączyło go z nim coś więcej? Wahał się, choć przecież i tak nie miał
zamiaru iść do samego domu pieszo, a jedynie przejść się kawałek i wziąć
taksówkę.
–
Wracam do domu – odpowiedział zwięźle.
–
Więc zapraszam! I bardzo przepraszam, nie przedstawiłem się, Max Geist –
wyciągnął w jego stronę dłoń. I dopiero teraz Billa oświeciło. Max - to imię
wypłynęło z ust Bastiena podczas kolacji, tuż po nagraniu ich wspólnego
kawałka. Pochylił się lekko i uścisnął wyciągniętą do niego dłoń.
–
Bill Kaulitz – przedstawił się z grzeczności, bo chłopak doskonale wiedział z
kim ma do czynienia.
–
To co? Wsiądziesz? Nie wiem gdzie mieszkasz, ale pewnie nie za rogiem i masz
jakiś kawałek do chaty – Puścił mu oczko, jednak mimo zachęty Bill wciąż nie
wsiadał. Teraz już wiedział kim jest ten uroczy brunet o zniewalającym
uśmiechu. Auto kusiło swoim wnętrzem, a zachęcające słowa chłopaka - który
teraz wydał mu się niezwykle ujmujący i miły - sprawiały, że mimo wątpliwości
wsiadł. Drzwi natychmiast opadły, a on przez chwilę spanikował, czując się jak
zwabiony w pułapkę.
–
W takim razie dokąd? – zapytał brunet, a kiedy podał nazwę ulicy i numer domu,
chłopak wpisał te dane w nawigację i na niewielkim ekranie wyświetliła mu się
droga. Bill jednak nie mógł wiedzieć, że on tę drogę doskonale zna, jak też i
wie gdzie mieszka, dlatego po jego pytaniu poczuł się spokojnie.
–
Bastien mi mówił, że coś nagrywaliście wspólnego. Aż tyle dni było do tego
potrzebne? – zapytał chłopak, ruszając.
–
Nie, nagraliśmy to w jeden wieczór, wcześniej były próby i przymiarki, więc
nagranie poszło sprawnie.
–
A to w takim razie nie pytam, pewnie inne, ważne sprawy zatrzymały cię na tak
długo w domu Bastiena. – Max zaśmiał się, jednak w tym śmiechu Bill wyczuł nutę
nerwowości. Więc to był ten wciąż zakochany w blondynie, jego były. A może
teraz chciał z zazdrości o Bastiena go porwać? Poczuł zimny dreszcz na karku i
plecach. Czy on nigdy nie nauczy się rozumu? Znów jego lekkomyślność zagrała
pierwsze skrzypce.
–
To nie były ważne sprawy między mną a Bastienem, a na pewno nie takie, jak
możesz myśleć. – Postanowił szybko tę sytuację wytłumaczyć. – Miałem problemy z
bratem i z moim facetem, musiałem na kilka dni zaszyć się u niego. Nas łączy
tylko przyjaźń i zawodowe stosunki, zapewniam cię, że żadne inne.
Kiedy
Max zatrzymał auto przed przejściem dla pieszych, odwrócił się i spojrzał na
Billa. Nim światło zmieniło się, bardzo wnikliwie mu się przyglądał.
–
W sumie wcale bym się nie zdziwił, gdyby coś między wami było. Muszę przyznać,
że jesteś zajebiście piękny.
Czarnowłosy
z przyjemnością zniósł to oceniające spojrzenie, tym bardziej, że w jego
mniemaniu ocena wcale nie była wygórowana.
–
Tobie też niczego nie brakuje – odpowiedział zgodnie z prawdą. Chłopak był
naprawdę przystojny, a do tego przemiły, i tym komplementem poważnie u niego
zaplusował.
–
Nie brakuje, a jakże, mimo to Bastien mnie nie chce.
–
No właśnie. Dlaczego nie jesteście razem?
–
Musisz o to zapytać jego, skoro się przyjaźnicie z pewnością ci odpowie.
Bill
pamiętał, kiedy blondyn przy okazji telefonu od chłopaka, wspomniał o nim,
jednak nie było to zbyt miłe wspomnienie, dlatego teraz wolał to przemilczeć.
–
To są jego osobiste sprawy, więc chyba nie będę drążył.
–
A ty? Nie wiedziałem, że masz kogoś. Media o tym nie wspominają.
–
Dobrze się ukrywamy – uśmiechnął się Bill.
–
Podziwiam, że wam się to udaje. Kiedy my z Bastienem kręciliśmy ze sobą, pisały
o nas wszystkie tabloidy – zaśmiał się. Bill jednak w ogóle sobie tego nie
przypominał, a przecież zaglądał tu i ówdzie od zawsze, i wcale nie dlatego, że
interesowały go jakieś inne gwiazdy. On bardziej szukał informacji o sobie, i o
Tomie, sprawdzał, gdzie, co, i jak piszą. No ale takie wzmianki o Bastienie
mógł pominąć, bo wtedy prawie go nie znał.
–
Może dlatego nam się udaje, że nie bywamy razem w publicznych miejscach.
Max
wyłapał ostatnie dwa słowa. Więc tym jego „ukrytym” facetem nie mógł być Bastien,
bo z nim włóczył się po knajpach, chodzili razem na zakupy, więc ta opcja
odpadała. Może naprawdę się tylko przyjaźnili, a może była to przyjaźń z
bonusem? Tak, czy inaczej, dobrze by było tego Kaulitza wyeliminować z gry i
miał na to w głowie już swój plan. Trzeba będzie tylko zdobyć choć w minimalnym
stopniu jego zaufanie, może nawet odrobinę się zakumplować, a sprawy z
pewnością pójdą w dobrą stronę. Nie miał jednak pojęcia, że Bill wcale nie
zamierzał zabierać mu Bastiena, a epizod jaki się właśnie między nimi wydarzył,
chciał puścić w niepamięć i wcale do tego nie wracać, a na pewno nie miał
zamiaru powtórzyć niczego z podobnych temu rzeczy.
–
Za niecały tydzień premiera live nowego krążka Bastiena, będziecie w „Baron
House”? Bo na pewno Bastien was zaprosił.
–
Masz na myśli mnie z moim facetem? – zapytał Bill.
–
No tak, w zasadzie tak.
–
On ma być, ale nie ze mną, tak będzie bezpieczniej. Ja będę z bratem i kilkoma
ludźmi z mojego otoczenia. – odrobinę skłamał. – A ty będziesz?
–
Jasne, że tak, przecież nie opuszczę takiego wydarzenia – odparł Max. Tak
naprawdę wciąż nie dostał od Bastiena zaproszenia, choć już wcześniej go o to
prosił. Mógł sobie kupić wejściówkę, ale wówczas nie będzie mógł wejść do
strefy „vip”, a to było dla niego najważniejsze. Wiedział, że teraz będzie
musiał przycisnąć go mocniej. – A kiedy premiera tego co razem nagraliście?
–
Masz na myśli wspólną płytę z zespołem?
–
Nie, nie, to tylko twoje i Bastiena.
–
No na pewno nie teraz, na jakimś z kolejnych pokazów, ma być jakiś nowy,
utalentowany DJ i wtedy damy premierę tego naszego i jeszcze jednego, jaki
nagrał z jedną wokalistką.
–
A z którą? – zapytał Max.
–
Nie mam pojęcia, żadnej nie poznałem.
–
Pewnie z Caroline, dobra z niej dupa. Gdybym był hetero, już byłaby moja –
Brunet uśmiechnął się pod nosem. – Swego czasu nawet się z nią trochę
zaprzyjaźniłem, ale potem wyjechała do Stanów, miała tam jakiś kontrakt.
Bill
tylko wzruszył ramionami. Na tę chwilę, nie interesowały go żadne kobiety,
choćby najpiękniejsze, mimo, że był biseksualny. Teraz miał Toma i nie
potrzebował jakichś innych doznań. Znów w pamięci wrócił niczym bumerang
blowjob, jak sprezentował mu Bastien. Gdyby ten chłopak o tym wiedział, pewnie
z zazdrości wywiózłby go za miasto i zakopał żywcem. Wzdrygnął się na tę czarną
wizję. Na szczęście ani on, ani Tom, ani nikt inny nie miał o tym bladego
pojęcia, nikt nie wiedział, i nikt się nie dowie. Wierzył, że Bastien będzie
umiał zachować dyskrecję, inaczej gotów go wypatroszyć. A zresztą, w zasadzie
powinien być pewien, że nie puści pary z gęby, mając nadzieję na powtórkę, bądź
też, coś o wiele bardziej pikantniejszego.
Max
wyjechał na ostatnią prostą, ulicę, która prowadziła do jego domu. Zastanawiał
się co teraz może robić Tom, czy w ogóle go zastanie? A jeśli korzystając z
wolnej chaty, przyprowadził sobie jakąś dupę i nie spodziewając się jego
przyjazdu właśnie ją posuwa? Zmroziło go na samą myśl, którą jednak szybko
odrzucił. Wierzył, że to tylko czarny scenariusz jaki podsuwa mu jego wybujała
wyobraźnia. Jeśli słysząc zatrzymujące się pod domem auto, wyjrzy przez okno,
powie mu, że podwiózł go facet Bastiena. Wówczas z pewnością nie będzie zły,
ani nawet nie będzie go znów posądzał, że zrobił z nim coś niecnego. A przecież
zrobił, wprawdzie nie z nim, ale wyrzuty sumienia z tego powodu, wciąż
objawiały się uściskiem w żołądku.
–
To tutaj – oznajmił, a chłopak zatrzymał auto.
–
To co, widzimy się w „Baron House”.
–
Tak, na to wygląda – Uśmiechnął się Bill, który teraz chciał już jak
najszybciej wysiąść. – Dzięki za podwózkę, trzymaj się!
–
Do zobaczenia! – radośnie pożegnał go Max i drzwi auta otworzyły się. Odjechał
o wiele szybciej, niż go tu wiózł.